Reset (Bartosz Adamiak) – postapokalipsa w rytmie calypso

Reset (Bartosz Adamiak) – postapokalipsa w rytmie calypso
Dokąd zmierza nasz świat? Odpowiedź na to pytanie nurtuje niejednego. Borykamy się z coraz większymi problemami: agresja Rosji, ekspansja fundamentalizmu religijnego, kryzys Unii Europejskiej i w końcu powrót do nacjonalizmów, który zdaje się być efektem wszystkich wcześniej wymienionych czynników…  Czy świat nieuchronnie zmierza ku zagładzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.
cover-small-212x300Pisarze SF często sięgali po tematykę jaką jest upadek ludzkości. Brało się to przede wszystkim z lęków przed nowoczesnymi technologiami. Przerażenie budził atom. W 1957 roku Nevil Shute opisał zagładę ludzkości w książce „Ostatni brzeg”. W czasach zimnej wojny nuklearna zagłada była często przywoływana jako przyczyna potencjalnego końca naszej cywilizacji (końca życia na ziemi – niekoniecznie). Setki książek, dziesiątki filmów i gier komputerowych dotykały już tego tematu, wskazując rozmaite zagrożenia takie jak tajemniczy wirus, zlodowacenie, sztuczna inteligencja czy asteroida (to ostatnie zresztą wydaje się bardzo prawdopodobne zważywszy, w jaki sposób skończyły dinozaury).
W powieści Reset czynnikiem wprowadzającym chaos jest kryzys gospodarczy wywołany tajemniczym incydentem, którego geneza nie zostaje wyjaśniona. Znikają wszystkie wirtualne pieniądze. Rozpoczyna się tzw. „run na banki”. W ciągu kilku miesięcy świat pogrąża się w chaosie, a ludzkość pada na kolana i pozostaje w tej pozycji, by przyjmować kolejne ciosy, będące naturalnym następstwem załamania systemu.
Czy w tej ponurej wizji może znaleźć się miejsce na wino, kobiety i śpiew? Oczywiście nie ma. Ale natura nie znosi próżni. Zaraz znajdzie sobie jakiś czynnik ludzki. W tym przypadku zespół muzyczny Apo-Calypso (grający muzykę calipso), którego członkowie, oprócz balangowania, zmuszeni są walczyć o byt i przetrwanie.

Chińska bomba kredytowa tyka. Jak bardzo jest niebezpieczna?

Chińska bomba kredytowa tyka. Jak bardzo jest niebezpieczna?

Coś nieładnie pachnie w Państwie Środka. Mówi się o bańce kredytowej, która będzie pięć razy większa niż tak, z którą mieliśmy do czynienia w USA w 2008 roku. Niestety Chińczycy nie mówią nam całej prawy. Poniższa infografika prezentuje szacunki dla zadłużenia, względem PKB drugiej gospodarki świata. Wygląda to co najmniej PRZERAŻAJĄCO!

 

Courtesy of: Visual Capitalist

fot. pixabay.com

Podejrzany pakunek w autobusie? Jak się zachować

Podejrzany pakunek w autobusie? Jak się zachować

19 maja we Wrocławiu, w autobusie linii 145 zauważono podejrzany pakunek. Pasażerowie poinformowali o tym kierowcę, a ten wyniósł torbę na zewnątrz. W reklamówce znajdowała się domowej roboty bomba z zapalnikiem czasowym, która eksplodowała, raniąc jedną kobietę.

Cała sprawa mogła zakończyć się dużo gorzej, gdyby bomba eksplodowała w autobusie lub gdyby zawierała materiał wybuchowy. Bomba była zbudowana w sposób bardzo podobny do bomb, które zostały użyte podczas maratonu w Bostonie w 2013 roku, jednak materiał wybuchowy zastąpiono saletrą. Eksperci są jednak zdania, że nie należy bagatelizować tego wydarzenia. Podkreślają także, że kierowca autobusu powinien był jednak ewakuować wszystkie osoby z autobusu i poinformować policję (bomba mogła mieć zapalnik reagujący na podniesienie). Faktem jest, że ładunek został wyniesiony w ostatniej chwili.

Wrocławskie MPK przygotowało instrukcje dla pasażerów, które wyświetlane są na monitorach w autobusach i tramwajach.

Pozwolę sobie przytoczyć ją tu w całości, ponieważ warto sobie wziąć te rady do serca:

 

  1. Zauważyłeś podejrzany pakunek? Nie czekaj! Jak najszybciej zgłoś to kierującemu!
  2. Zwróć uwagę na:
    • nietypowe zachowania osób
    • pozostawione bez opieki: plecaki, teczki, pakunki, bagaże,
    • osoby ubrane nietypowo w stosunku do pogody
  3. Pamiętaj:
    • nie dotykaj podejrzanych przedmiotów
    • stosuj się do poleceń kierującego lub przedstawiciela służb

źródło: MPK Wrocław

fot. pixabay.com

Ogród działkowy

Ogród działkowy

Ogrody działkowe, powszechnie znane działkami, zdają się być reliktem minionej epoki. Jednak chyba trochę się to zmienia. Sam jestem działkowcem już od ponad roku i obserwuję w sąsiedztwie coraz więcej działek, których właścicielami są ludzie młodzi (zwykle z dziećmi).

Co ma działka do survivalu i post-apokalipsy? Wbrew pozorom całkiem sporo. Poniżej postaram się przedstawić listę korzyści płynących z posiadania działki oraz – żeby było sprawiedliwie i uczciwie – przedstawię mankamenty. Zacznę od tych drugich.

radish-719144_1280

Jak zostać działkowcem?

Główne wady leżą po stronie kwestii formalnych oraz drogi, jaką trzeba przebyć, by stać się działkowcem.

W zasadzie możliwość wejścia w posiadanie działki jest uzależniona od konkretnych ogrodów działkowych. Zwykle w grę wchodzi kupno lub wzięcie pustej działki. W tym pierwszym przypadku to nie jest tak do końca kupno, bo nie stajemy się właścicielem. To, co nabywamy to chyba prawo do dzierżawy czy coś w tym stylu i koszt, w zależności od lokalizacji, zawartości i woli sprzedającego, może wahać się od 2000 złotych do 10 000, a czasem i więcej. Pustą działkę możemy często wziąć za darmo, ale zwykle jest to zrównane z ziemią pole zarośnięte metrowym gąszczem chwastów.

Później musimy odbyć obowiązkowe szkolenie, organizowane przez lokalną komórkę Polskiego Związku Działkowców. Nie dowiemy się tam wszystkiego, ale na pewno bardzo dużo. Akurat tyle, by rozpocząć przygodę z uprawami. Niestety jest to także dość upierdliwy obowiązek, bo ogrodnictwo działkowe w Polsce jest skrojone pod emerytów. Zajęcia zaczynają się w takich godzinach, kiedy normalny człowiek jeszcze pracuje. Ale oczywiście jest to pewnie także uzależnione od lokalnych władz.

Pozostają jeszcze opłaty. Są to opłaty roczne, których wysokość wynika m.in. z dostępności oraz zużycia mediów (woda, prąd). Zawsze też jest jakaś część inwestycyjna, która idzie na rozwój i konserwację. Kwota ta wynosi kilkaset złotych rocznie.

currants-383513_1280

Mamy działkę. Co dalej?

Tu przechodzimy pomału do zalet. Choć wcześniej należy wspomnieć, że to nie koniec wydatków, bo musimy jeszcze kupić podstawowe narzędzia. W zależności od stanu działki oraz naszych planów na zagospodarowanie, będziemy potrzebowali pewnie łopatę, grabię, haczkę, piłę (jeśli mamy drzewa), sekator, wiadro i konewkę. Jeżeli chcemy mieć trawnik, to także kosiarkę.

Tu od razu rodzi się pytanie – gdzie to wszystko trzymać? Jeżeli na działce znajduje się altanka lub komórka, można trzymać tam. Choć odradzałbym trzymanie na działce np. kosiarki (swoją drogą, szukając działki, warto wcześniej popytać, czy na terenie danych ogrodów zdarzają się kradzieże). Jeżeli wzięliśmy gołą działkę, narzędzia niestety będziemy musieli wszystko ze sobą wozić.

Później oczywiście czeka nas mnóstwo pracy. W zasadzie ciągle trzeba coś robić. Każdy weekend wypada nam z życia 🙂

Więc gdzie te zalety? Jedziemy po kolei:

Praca na świeżym powietrzu

Wielu ludzi śmieje się, że jeździmy samochodami na siłownię, by tam biegać na bieżni. Działka to 100% trening w naturze. Kilka godzin pracy na działce daje nieźle w kość. Nie trenujemy na dusznej sali, ale wietrzymy się na łonie natury. Ponadto cała ta energia nie idzie psu w dupę, ale jest przetwarzana na konkretne korzyści.

Świeże warzywa i owoce

Wszystko, co wyhodujemy, a czego nie zeżrą nam szkodniki, będzie nasze. Warto przy tym wcześniej zastanowić się nad tym, co będzie dla nas najkorzystniejsze. Warto sadzić wszystkie ciemne owoce, bo mają dużo przeciwutleniaczy. Oczywiście sałata, rzodkiewka, szczypiorek… wszystko do pysznych kanapek. Generalnie to, co kupujemy w supermarketach ma się nijak do świeżutkich warzyw z działki. Zwłaszcza młodziutkich.

Zdrowie i oszczędności

Biorąc pod uwagę dwa powyższe punkty, działka to inwestycja w nasze zdrowie. Jedna z najrozsądniejszych ever. I jeżeli zestawimy koszty np. pustej działki z kosztem karnetów na siłkę, okazuje się, że jednak w skali roku działka jest tańsza. Nie mówiąc już o kasie, którą zaoszczędzimy jedząc swoje własne owoce i warzywa.

Teren rekreacyjny

Jeżeli macie dzieciaki, to działka jest super. Warto zadbać o bezpieczeństwo. Niestety najciężej uchronić przed kleszczami i owadami żądlącymi, ale w ogólnym rozrachunku taki ogrodzony teren jest stosunkowo bezpieczny. Poza pracowaniem można też się bawić i wypoczywać. Niekoniecznie grillować, bo to podobno straszna chu**za dla bebechów.

Satysfakcja

Tworzymy coś materialnego, posiadającego pewną określoną wartość. W dzisiejszych czasach, gdzie większość rzeczy jest wirtualnych, to naprawdę cenne doświadczenie.

Nauka i doświadczenie

Hodowla warzyw to coś, o czym warto mieć jakiekolwiek pojęcie. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego.

fot.pixabay.com

Survive – gra w przeżycie

Survive – gra w przeżycie

Jedziesz sobie przez dzicz i nagle psuje Ci się samochód. Na szczęście masz ze sobą, zupełnie przypadkiem, cały niezbędnik małego mistrza sztuki przetrwania. Tak mniej więcej rozpoczyna się gra Survive -Wilderness survival. 

Gra stworzona została przez fina Juuso Hietalahti w 2016 roku i jest dostępna za free w Google Play. Zapowiedziana jest także wersja na IOS. Aplikacja ciągle jest rozwijana i co rusz pojawiają się nowe update`y.

Sprawa na pierwszy rzut oka wydaje się być prosta: musimy wydostać się z dziczy. Jednak jesteśmy podporządkowani tym czterem, cholernym paskom stanu. Jest to temperatura ciała, nawodnienie, głód oraz wytrzymałość. Wszystkie te czynniki redukują się, gdy podejmujemy jakieś czynności, a uzupełniają się, gdy wykonujemy pewne konkretne działania np. jemy, pijemy etc. Aby się ogrzać, musimy rozpalić ogień. Aby wypocząć, musimy spać. Jeżeli którykolwiek z czynników zredukuje się do zera, zaczynają się kłopoty. Każda czynność zajmuje nam coraz dłużej, więc odzyskanie balansu jest trudniejsze.

Każda z lokacji ma nam do zaoferowania jakieś rzeczy. Prawie zawsze możemy pójść poszukać drewna lub jagód. Gdy jest jezioro lub rzeka, możemy nabrać wody (brudnej, trzeba ją przegotować). Zawsze możemy też rozbić obóz, wybudować szałas i miejsce do spania oraz worek na deszczówkę (o ile mamy worek). Możemy też rozpalić ogień, przegotować wodę, ogrzać się, usmażyć rybę (albo uwędzić) i tak dalej…  Jak w życiu. Możemy też polować, zastawiać sidła, tworzyć przedmioty z innych przedmiotów np. wędkę z patyka, sznurka i haczyka.

Nie da się ukryć, że gra jest trudna. A nawet cholernie trudna. Pomimo kilku prób nie udało mi się przeżyć więcej, niż 6-7 dni. Nie mówiąc o wydostaniu się z dziczy.

Ubaw po pachy!

fot.pixabay.com

Leatherman Charge AL

Leatherman Charge AL

Pamiętam, że moja żona nie była zachwycona, gdy jakieś siedem lat temu wydałem kilkaset złotych na multitoola Leathermana. Wiecie, jak to jest z maniakami noży. Większość z nich nigdy ich nie używa. Narzędzie po prostu leży w szufladzie i zbiera kurz. 

Czym tak właściwie są narzędzia Leathermana? Typowy multitool przypomina nieco większy scyzoryk, który posiada jednak znacznie więcej funkcji. Podstawową funkcją większości narzędzi są kombinerki. Każde skrzydło uchwytu kombinerek kryje w sobie dodatkowo wiele innych narzędzi. W Charge`u mamy m.in. nóż zwykły i ząbkowany (oba z nierdzewnej stali narzędziowej 154CM – jednej z najpopularniejszych stali używanych przez największych i najbardziej liczących się producentów noży na świecie), pilnik do metalu i drewna, pilnik diamentowy, nożyczki, śrubokręt płaski, gniazdo do bitów (oraz zestaw końcówek), otwieracz do konserw, otwieracz do kapsli oraz jeszcze kilka innych. Sami widzicie, że nie ma żartów. Warto przy tym nadmienić, że narzędzie posiada gwarancję producenta na okres 25 lat!

Wygląda to mniej więcej tak:

Zanim napiszę swoje wnioski, przedstawię jeszcze zarys historii firmy Leatherman, aby łatwiej było nam zrozumieć ich filozofię.

Jak głosi legenda, Tim Leatherman, absolwent mechaniki inżynieryjnej na Uniwersytecie Oregon, odbył podróż po europie (odwiedził także Polskę) za kółkiem jakiegoś starego rupiecia, który co chwilę wymagał napraw. Oczywiście musiał w tym celu wozić ze sobą cały warsztat. No, może nie dosłownie. Miał pewnie całą skrzynkę rozmaitych narzędzi. Wtedy podobno miał wpaść na pomysł stworzenia jednego narzędzia, które mogłoby zastąpić wiele innych. W 1982 r. założył firmę wraz ze swoim kumplem ze studiów. Zajęli się – a jakże – produkcją multitooli. Od tego momentu wytrwale i bezkompromisowo budowali markę Leatherman, którą zna cały świat. Znają ją podróżnicy, żołnierze, spece od IT oraz astronauci.

No więc jak mi się użytkuje Charge`a?

Jest to jedyny (oprócz Victorinoxa) mój nabytek nożopodobny, który nie spędza większości czasu w szufladzie. Sięgam po niego dość regularnie (1-2 w miesiącu…   nóż myśliwski Cold Steela zwykle wychodzi z szuflady raz do roku). Niejeden raz okazał niósł mi pomoc w rozmaitych, dziwnych sytuacjach, jak i w standardowych, życiowych problemach (rozkręcenie komputera, wyciągnięcie gwoździa etc.).

Co ciekawe w 2009 robiłem nim dość ciężką robotę i miałem obawę, że nie da rady. W pewnym momencie pogodziłem się, że dojdzie do uszkodzenia i chciałem skorzystać z możliwości reklamacji. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Mój Charge służy mi wiernie do dziś. Jeżeli chodzi o sprzęt, była to jedna z najlepszych inwestycji EVER!

fot. Randy McRoberts, CC BY 2.0